JanuszZabłocki

Janusz Zabłocki

Należał do nielicznego grona najwybitniejszych polskich polityków
czasów, w których nie było miejsca dla polityki, dla demokratycznej
polityki. Dowodem niech będzie 3030 stron Jego dziennika
z lat 1956-1986, który opublikował niedawno w trzech tomach Instytut
Pamięci Narodowej.
Należał do pierwszego pokolenia, które wychowała II Rzeczpospolita.
Urodził się w 1926 r. w Grodzisku Mazowieckim, w rodzinie
nauczycielskiej. Był uczniem stołecznego liceum S. Batorego i harcerzem.
Jako piętnastolatek, w 1941 r., został członkiem Szarych Szeregów.
W podziemiu ukończył szkołę podchorążych, został zastępcą dowódcy
plutonu obwodu „Bażant” AK. Po przejściu frontu nie złożył broni.
W końcu czerwca 1945 r. Jego oddział został rozbity, a on sam pod
pseudonimem zaczął studia prawnicze na UJ. Ujawnił się dopiero
po amnestii 1947 r. To jest źródło, z którego bierze początek trwająca całe
dorosłe życie Jego aktywność polityczna.
W 2007 r. na łamach „Nowych Znaków Czasu” Zabłocki napisał:
„Z głębokiej traumy, w jakiej znalazło się całe moje akowskie pokolenie
po złamaniu podziemia i Mikołaczykowskiej opozycji, z dotkliwej
psychicznej zapaści i upadku wszelkiej nadziei wydobyłem się dzięki
jedynej decyzji, która mogła przywrócić sens memu dalszemu życiu w
rzeczywistości komunistycznej. Oto ostatnia bitwa została przegrana,
ale wojna się bynajmniej nie skończyła i skończyć nie może, dopóki nie
osiągnie zwycięstwa nasza wspólna sprawa. Czując się nadal żołnierzem
Armii Krajowej, decydowałem się pozostać jej bezwzględnie wierny i
zgodnie z ostatnim rozkazem generała «Niedźwiadka» nie zaprzestać
służyć nadal przywróceniu Polsce pełnej niepodległości. Służyć jej
wszelkimi sposobami, jakie w gruntownie zmienionych warunkach
historycznych będą mi dostępne. A szukając do tego celu nowych dróg,
których w rzeczywistości komunistycznej nikt jeszcze dotąd nie przetarł,
miałem być – jak tego od nas żądał generał – «sam dla siebie dowódcą».
Oznaczało to, że – nie mając odtąd nad sobą przełożonego – decydować
o własnej drodze musiałem ja sam i sam również za podejmowane decyzje
i wybory rozliczać się przed własnym sumieniem i przed Bogiem.
Ukształtowała się zatem wówczas całościowa wizja reszty mojego życia,
którą zdecydowany byłem konsekwentnie i bez względu na ofiary
realizować aż do końca”.
W 1947 r. Janusz Zabłocki wyruszył zatem w drogę, na której słupami
milowymi była praca w Paxie na początku lat 50. i zerwanie z tą
organizacją w roku 1955; współtworzenie „Więzi” i rozejście się z nią
w 1967 r.; założenie PZKS-u i jego strata w 1984 r.; reaktywowanie
Stronnictwa Pracy u kresu komunizmu i rozstanie się z tą partią w wolnej
już Polsce. Był publicystą i jako dyrektor ODiSS wydawcą miesięcznika
„Chrześcijanin w Świecie” i tygodnika „Ład”. Tworzone przez Niego
placówki służyły upowszechnianiu nauki społecznej Kościoła i odbudowie
katolicyzmu społecznego w kraju. W realizacji tego dzieła współpracował
ściśle ze środowiskiem naukowym KUL.
W fasadowej instytucji, jaką był Sejm PRL, niepowtarzalnym fenomenem
było koło posłów katolickich Znak, którzy swą postawą obronili honor
polskiego parlamentaryzmu. W 1965 r., gdy był jeszcze członkiem
zespołu „Więzi”, Zabłocki otrzymał mandat poselski. Został go
pozbawiony w roku 1986 przez władzę stanu wojennego. Na początku
sejmowej kariery, w marcu 1968 r., był jednym z sygnatariuszy interpelacji
koła „Znak” w obronie studentów bitych i represjonowanych przez
władzę. U kresu swej sejmowej kariery z trybuny na Wiejskiej z wielką
odwagą i determinacją uzasadniał, dlaczego koło PZKS nie będzie
głosować za dekretami wprowadzającymi stan wojenny i za ustawą delegalizującą
Solidarność. Dwukrotnie z tej trybuny (w 1973 r. i 1982 r.)
upomniał się o prawo polskich katolików do organizowania się we własne
organizacje, w tym także w stronnictwo polityczne i dwukrotnie
doświadczył represji, które były konsekwencją tego postulatu. To były
Jego dni chwały i wielkości, choć – jak każdy polityk – i On podejmował
decyzje, które – zdaniem innych – były kontrowersyjne lub nietrafione.
Kariera polityczna Janusza Zabłockiego dostarcza fascynującego
materiału do analizy relacji między jednostką a autorytarnym państwem.
Wypracował On skuteczną strategię, która zakładała jawność celu, do
którego niezmiennie dążył (odbudowa katolicyzmu społecznego, a w
sprzyjających warunkach także partii politycznej) z wykorzystywaniem
każdej nadarzającej się okazji, każdej chwilowej nieuwagi lub słabości
rządzących komunistów, by uzyskać jakąś ich koncesję. Postępował
drobnymi krokami, każdy z nich poprzedzając wielostronną analizą.
Był ostrożny i zimny w kalkulacjach i zdeterminowany w dążeniu do
realizacji założonego przez siebie projektu. Pisał w pamiętnikach:
„W moich wyobrażeniach o najbardziej racjonalnej postawie, jaką
powinien przyjąć naród na czas totalitaryzmu, ustawicznie wracał motyw
lasu, w który uderza potężny huragan. Wtedy jedyne, co nam pozostaje
– i co nam nakazuje instynkt życia – to umiejętnie go przetrwać, uginając
się pod nim na tyle, by ustało łamanie drzew i wyrywanie ich
z korzeniami. Ale owo ugięcie się to nie to samo co kapitulacja. Jest
usprawiedliwione, dopóki nie wygasa w nas wiara, że każdy huragan musi
po pewnym czasie osłabnąć, a wówczas i przygięte huraganem drzewa
wyprostują się”.
Zabłocki należał do tych europejskich polityków prawicowych, którzy po
II wojnie światowej i po Soborze Watykańskim II przeszli drogę od
polityki katolickiej, która była ściśle powiązana z Kościołem
instytucjonalnym, do polityki chrześcijańsko-demokratycznej, którą
cechuje świeckość i autonomia. Miał szczęście uczyć się politycznego
rzemiosła od polityków z pokolenia K. Popiela, obserwować powojenną
elitę głównie we włoskiej chadecji z J. Andreottim i M. Rumorem.
Stworzył jedyną w krajach komunistycznych platformę kontaktów
z Międzynarodówką Chrześcijańsko-Demokratyczną i Europejską Partią
Ludową (konferencje „Dialog i Współpraca”).
Zachodnie wzorce były stosowalne w realiach PRL jedynie w
ograniczonym stopniu. To nie klerykalizm, ale zdrowy rozsądek i instynkt
samozachowawczy kazał Zabłockiemu (i Jego przyjaciołom) trzymać się
blisko Kościoła. Miał wielkie szczęście, że typem swej religijności był
bliski poglądom Prymasa Tysiąclecia, u którego zawsze znajdował
wsparcie i radę – krytyczną, jeśli była potrzebna.
Po blisko godzinnej prywatnej audiencji u Jana Pawła II w listopadzie
1982 r., którą otrzymał miesiąc po głosowaniu w sprawie delegalizacji
Solidarności, Janusz Zabłocki zanotował w swym pamiętniku:
„Wychodząc na dziedziniec św. Damazego, pomyślałem sobie,
że dzisiejsza audiencja jest punktem szczytowym całej mojej
dotychczasowej działalności. Gdyby moje życie w tym momencie się
urwało, odchodziłbym już całkowicie spełniony”.

Maciej Łętowski

Więcej

x
Podaj jeśli chcesz otrzymać odpowiedź
x

Znicze

Zapal znicz
  •  
    08.02.2016
    Jolanta
  •  
    01.11.2014
    ziutek
  •  
    11.08.2014
    Anastazja
  •  
    11.06.2014
    Prokurat-Legutowska
  •  
    06.05.2014
    mm
  •  
    22.04.2014
    Marcin
  •  
    25.03.2014
    Marcin
  •  
    25.03.2014
    Zofia
  •  
    21.03.2014
    Nekrologi

Pożegnania

Wasze wspomnienia, kondolencje i myśli o zmarłych