Andrzej Wajda

Andrzej Wajda

Ur. 06.03.1926 Zm. 09.10.2016

Wspomnienie

Francuzi pisali o nim: „Le plus grand des cinéastes polonais” (największy polski reżyser). Zdobył najistotniejsze światowe nagrody filmowe, w tym Oscara (2000) i Złotą Palmę w Cannes (1981), za „Człowieka z żelaza”, a w 1997 r. zajął w Akademii Francuskiej miejsce po zmarłym Federico Fellinim. W dodatku osiągnął to, choć zajmował się głównie tematami polskimi, historycznymi i współczesnymi, które dla innych nacji mogły się wydawać zbyt lokalne. Nigdy nawet nie próbował zrobić kariery w Hollywood. Andrzej Wajda był autorem wielu niewątpliwych arcydzieł: „Kanału” (1956), „Popiołu i diamentu” (1958), „Wszystko na sprzedaż” (1968), „Wesela” (1972), „Ziemi obiecanej” (1974), „Człowieka z marmuru” (1976), „Panien z Wilka” (1979) czy „Dantona” (1982), tyle że każdy z widzów może ową listę arcydzieł Wajdy formować wedle własnego gustu. Wajda był niczym czuły barometr nastrojów społecznych. Znakomicie przeczuwał, czego oczekuje widownia. „Człowiek z marmuru” to przecież zapowiedź narodzin „Solidarności”. Prowokował przy okazji ogólnonarodowe dysputy, np. po premierze „Popiołów” (1965) na temat sensu naszych historycznych zmagań o niepodległość. Najtrudniej pod tym względem było mu, gdy odzyskaliśmy wolną Polskę. Zdecydował się np. na Teatr Telewizji - „Bigda idzie!” (1999), wg prozy Juliusza Kadena-Bandrowskiego, z wielkim Januszem Gajosem w roli polityka-populisty, chociaż byłby z tego materiału znakomity film. Za PRL-u Andrzej Wajda był artystą uprawiającym dwuznaczną grę z władzą. Za pieniądze komunistycznego aparatu państwowego robił godzące weń filmy. Oczywiście często władza sądziła, że Wajda spełnia jej życzenia. „Kanał”, rzecz o przegranych AK-owcach brodzących w miejskiej kanalizacji, czyż to nie było na rękę komunistom? Było, ale tylko z pozoru. W PRL-u Wajda nie podpisywał listów protestacyjnych, długo nie wiązał się formalnie z opozycją, ustępował w kwestii niektórych ingerencji cenzorskich, wiedząc, że najważniejsze jest dlań doprowadzenie do premiery filmu. Na niej okazywało się, że obrazu filmowego nie da się „zakneblować”. Jako artysta był „wampirem”. Wysysał talenty swych współpracowników. Wysysał za ich zgodą, bo wszyscy marzyli o tym, żeby pracować dla Wajdy. I tak jak wampir, wciąż potrzebował „świeżej krwi”. Na planie nie bał się pokazywać swych wątpliwości, więc wspierający go mieli poczucie udziału we współtworzeniu. Jako artysta Wajda był „przewodnikiem stada”. Obdarzony naturalną charyzmą pociągał za sobą ludzi, zwłaszcza młodych. Skupił ich w Zespole Filmowym „X” (1972-83), m.in. Agnieszkę Holland, Ryszarda Bugajskiego i Janusza Zaorskiego, oraz w założonej w 2001 r. Mistrzowskiej Szkole Reżyserii ze znakomitym gronem pedagogicznym (Wojciech Marczewski, Edward Żebrowski, Marcel Łoziński). Mówił, że przy robieniu filmu dwa momenty są najistotniejsze: wybór tematu i wybór obsady. Aktorom pozwalał proponować, jak chcą zagrać, wiedząc, że „aktor dobrze nakłuty w danej roli wie o niej więcej niż reżyser”. On tylko wybierał spośród propozycji tę najlepszą. I raczej się nie mylił. Do takiego podejścia nie był przyzwyczajony Roman Polański, grający Papkina w „Zemście” (2002). Krzyczał do Wajdy skrytego za kamerą: - No, Andrzej, reżyseruj mnie! Ulubiony aktor Wajdy to Daniel Olbrychski, łączący w sobie siłę z delikatnością. Zrobili razem 13 filmów, począwszy od „Popiołów”. Bogusław Linda, grający malarza Władysława Strzemińskiego w ostatnim filmie Wajdy - „Powidokach” (2016), mówił na premierze na festiwalu w Gdyni, że starał się być „jak młody Daniel”. A ulubiona aktorka to oczywiście Krystyna Janda, która wywołała szok, grając po męsku reżyserkę Agnieszkę w „Człowieku z marmuru”. Gdy wychodziła za mąż za szlachetnie łagodnego operatora Edwarda Kłosińskiego, Wajda, znając jej nieokiełznany temperament, ostrzegł ją: „Jeśli go skrzywdzisz, będziesz miała ze mną do czynienia”. Ważny był także talent malarski Wajdy, który w latach 40. studiował w krakowskiej ASP, by porzucić ją dla łódzkiej Filmówki. Malarskie tropy są w prawie każdym jego filmie - kadry w „Brzezinie” (1970) zostały wystylizowane na płótna Jacka Malczewskiego. No i jest u Wajdy wyrazista symbolika, na czele ze słynnym białym koniem, obecnym już w „Popiele i diamencie”. Koń to ślad kawaleryjski - ojciec Wajdy, Jakub, był przedwojennym wojskowym, który w 1940 r. zginął w Katyniu. W „Popiołach” oglądamy więc atak polskich szwoleżerów pod Somosierrą, a w „Kronice wypadków miłosnych” (1985) - ćwiczenia kawalerzystów. Wajda żartował, że kilka razy odwiedzała go Śmierć, mówiąc, że już czas na niego. Wtedy odpowiadał: „Przepraszam, ale jestem zajęty. Kręcę film”. „Aha, to ja przyjdę później” - mówiła. W końcu przyszła, gdy skończył zgłoszone do Oscara „Powidoki”.

Jacek Szczerba

Zdjęcie profilowe: Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta