ZbyszekLiberkowski

Zbyszek Liberkowski

  • Urodzony:

    30.12.1943, Zbąszyń

  • Zmarły:

    29.11.2016, Zielona Góra

  • Pochowany:

    Zielona Góra

Zbyszek Liberkowski urodził się 30 grudnia 1943 roku w Zbąszyniu.
Ukończył studia na Wydziale Filozoficzno - Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w  Poznaniu. Karierę zawodową rozpoczął jako nauczyciel w Państwowym Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa
w Bojanowie. Studiował indywidualnie kierunki z zakresu organizacji i zarządzania. Zakończył pracę zawodową jako dyrektor Towarzystwa Naukowego Organizacji i Kierownictwa w Zielonej Górze.
Na emeryturze pracował jako ekspert Państwowej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oceniając projekty unijne.

 

Zbyszek w swoim życiu był człowiekiem niezwykle kreatywnym, aktywnym i skutecznym w działaniu.
Był początkowo zaangażowanym pedagogiem, ale jego poglądy i sposób działania ukierunkowane
na człowieka, a nie na błyskotliwy  efekt nie pasowały do realiów ówczesnej Polski. Uważany był za człowieka chodzącego własnymi ścieżkami. Nie pił alkoholu, nie udzielał się towarzysko. Swoje zainteresowania skierował  na dziedzinę "Organizacja i Zarządzanie". Przez całe życie uczył się i zdobywał wiedzę
w tym zakresie. Kochał książki, gromadził je, czytał (ostatnio w formie elektronicznej) i wszystkich praktycznych rozwiązań nauczył się z książek. Lubił się uczyć i lubił uczyć innych.  Nie był budowlańcem,
ale wybudował dom dla swojej rodziny, nie był inżynierem, ale potrafił zreperować każde urządzenie techniczne, włącznie z samochodem. Rodzina czuła się przy nim bezpiecznie.

Kochał przyrodę i ją rozumiał. Najlepiej czuł się daleko od cywilizacji; w lesie, nad wodą, w górach, na mało przejezdnych ścieżkach rowerowych - w towarzystwie swojej Małgosi , póżniej córki Jagienki, zięcia Pawła
i ukochanych wnucząt Piotrusia i Ewuni.
Z żoną, z plecaczkami,  zdeptał wszystkie karkonoskie szlaki  po stronie polskiej,  czeskiej i niemieckiej.

Kochał wodę - był doskonałym pływakiem, w młodości płetwonurkiem. Dlatego wybudował własnoręcznie, według swego projektu domek w Niesulicach i wszystkie weekendy, a często i urlopy spędzał na wodach jeziora Niesłysz.  Kończył sezon pod koniec października, ostatnie opłynięcie jeziora w każdym sezonie odbywało się na tle jesiennych, przebarwionych, kolorowych lasów.
Organizował rodzinne spływy kajakowe - przepłynął najbardziej atrakcyjne szlaki wodne w Polsce.

Drugim miejscem, które ostatnio ukochał była miejscowość Costa Rei z dziesięciokilometrową plażą,
położona na południu Sardynii. Przez osiem ostatnich lat spędzał tam długie wrześniowe i październikowe miesiące, jak zawsze w wyłącznym towarzystwie swojej Małgorzaty, z którą przeżył, w niezwykle interesującym związku małżeńskim, ponad 50 lat.
Najlepiej czuł się w otoczeniu Rodziny, a wyjazdy turystyczne były najbardziej udane, kiedy były planowane
i realizowane indywidualnie.

Ostatnio zafascynowały go barki - rzeczne stateczki pływające po kanałach Europy.

Po wypadku na nartach zrezygnował z tej formy aktywności fizycznej i w lutym tego roku spędził urokliwe dni wśród gajów migdałowych, na obsypanej pomarańczami i cytrynami Majorce. W maju zamieszkał z Małgosią w sercu Drezna, by rozkoszować się zabytkami i atrakcjami Saksonii, w czerwcu z przyjaciółmi przejechał rowerem szlak nadbałtycki od Ustki do granicy z Rosją.

Uwielbiał muzykę starych mistrzów, muzyki poważnej słuchał nie tylko na koncertach, ale też w domu
i w otoczeniu. W ostatnich latach odkrył głębię i piękno utworów Bacha.

Bardzo przeżywał ciężką, genetyczną chorobę Wnusi Ewuni.

Najstraszliwsza, nieuleczalna, rzadko spotykana forma raka uderzyła znienacka. Podjął walkę z przekonaniem, że wyjdzie z tego. Wierzyli oboje z Małgorzatą, która nie odstępowała Go na krok, że dopóki są razem, dadzą radę. Przecież nieraz wychodzili zwycięsko z przeróżnych opresji. Do szpitali udawali się z ufnością, cieszyli się z kolejnych zabiegów i operacji, z podawanej chemii, planowali dalsze wspólne życie.

Ostatnie dwa tygodnie spędził w domu, pielęgnowany przez żonę, córkę, wnuczkę i szwagra Stasia.
Czuł się bezpiecznie, ani przez chwilę nie pozostawał sam.

24 listopada, po trzech miesiącach ciężkich zmagań, Zbyszek w pełni świadomie pożegnał się z najbliższymi
i złożył żagle.
29 listopada o godzinie 4.10 nad ranem zmarł w obecności żony i szwagra Stanisława.

Nie znamy odpowiedzi na pytanie dlaczego odszedł. Może dlatego, że miał piękne i interesujące życie,
a może dlatego, że był zbyt mocno kochany naszą ziemską miłością? Już się nie dowiemy.
 
 

Więcej

x
Podaj jeśli chcesz otrzymać odpowiedź
x

Znicze

Zapal znicz
  •  
    18.04.2017
    Twoja Małgosia
  •  
    12.03.2017
    Gosia i Zefirek
  •  
    28.02.2017
    Dominik Sędzicki
  •  
    19.02.2017
    Ojciec
  •  
    10.01.2017
    Małgosia
  •  
    29.12.2016
    teresa nowak kolezanka ze stud
  •  
    15.12.2016
    Artur Kot
  •  
    15.12.2016
    Czajka Mariusz
  •  
    12.12.2016
    Joanna i Krzysztof Mazur
  •  
    11.12.2016
    Jadwiga Kowalów
  •  
    11.12.2016
    Malgorzata
  •  
    11.12.2016
    Lucyna i Marian Czajka
  •  
    11.12.2016
    Tadeusz
  •  
    10.12.2016
    Asia bratanica
  •  
    09.12.2016
    ANDRZEJ LIBERKOWSKI
  •  
    09.12.2016
    ANDRZEJ LIBERKOWSKI Z RODZINĄ
  •  
    30.11.2016
    Jagienka i Paweł Kowalów
  •  
    30.11.2016
    Stanisław Czajka
  •  
    30.11.2016
    Joanna Gawrońska
  •  
    30.11.2016
    Ewa Kowalów

Pożegnania

Wasze wspomnienia, kondolencje i myśli o zmarłych

  • Joanna Gawrońska (Lisicka)

    Tak mi smutno, bo zgasł wspaniały człowiek. Urodzony nauczyciel, mądry i cierpliwy. Łączę się w żalu z rodziną . Nigdy nie zapomnę jak wiele zrobił dla mnie i jak ciepłym człowiekiem był.