JanNowina Konopka

Jan Nowina Konopka

Stroną opiekuje się: Małgorzata Nowina Konopka

Wiesław Wohnout

Lampka

Pamięci Janka Nowina Konopki

Każdego wieczoru na przykopalnianym majdanie, w Donbasie, z początkiem zimy 1945, rozgrywała się ta sama scena. Więźniów-górników wyjeżdżających spod ziemi ustawiano w dwuszereg i starszy „brygadier” wybierał z nich „stachanowską” dwunastkę: mieli iść kraść drzewo.
Dlaczego drzewo, skoro węgla było pod dostatkiem? Dlaczego kraść, kiedy można się było postarać o przydział? – nikt tego zwykłym ludzkim rozumem nie pojmie. Nie pora była zresztą na takie przewrotne pytania: Dlaczego? Dlaczego? Nikt ci na nie odpowiedzi nie udzieli, a możesz jeszcze dodatkowo dostać w mordę. Mróz dochodził nad ranem do 20 stopni, a barak podszyty wiatrem miał temperaturę lodowni. Ci co leżeli w ścisku twarzami obok maleńkich okienek, budzili się z reguły z brodą przymarznięta do szyby. Toteż wybór do stachanowskiej dwunastki złodziei drzewa był wyróżnieniem uważanym za zaszczyt. Doznawali go tylko najdzielniejsi, najzdrowsi, najsilniejsi. Nie dziwota. Od ich sprawności zależało przecież, czy żelazny piecyk stojący w środku baraku rozżarzy się około północy do czerwoności, czy będzie tylko cykał ciepło, jak kucharz na śniadanie letnią lurę. A od tej odrobiny ciepła dużo wtedy zależało. Czasem – życie. I także inne sprawy, więźniom tylko wiadome, a od życia czasem ważniejsze.
Otóż, gdy tak stali w dwuszeregu, łachmaniarze, katorżnicy, żołnierze A.K. wywiezieni w roku 1944, i gdy brygadier wodził po nich wzrokiem – Janek pomyślał: „Żeby mnie!” Miał swoje racje, bardzo chciał tego wieczoru pochodzić po rewirze. Węzełek z paroma kromkami chleba ukrył już w narzędziarni, może uda mu się zabrać lampkę... Byle tylko dotrzeć do baraku, gdzie marł zesłańczy drobiazg: dzieci.
Brygadier liczył: „Pierwyj”, „wtoroj”, jeszcze ten, i ten. Janka pominął. Więc się Janek podsunął do przodu. Brygadier spojrzał na niego dobrotliwie i powiedział: „A ty stariczok kuda, podawaj nazad”.
Wtedy Janka przeszły ciarki. „Ładnie ja musiałem wyglądać – opowiadał mi dwa lata później, opięty w zgrabny drelich letniego munduru oficerskiego, opalony, wesoły, w krótkich szortach i koszuli „khaki” z podwiniętymi rękawami.
Gdy go wzięto po walce gdzieś w województwie białostockim, liczył 29 lat. Samo zdrowie! I radość, że się wydostał z miasta, że jest znowu „w krajobrazie” – jak się wyrażał. Bo Janek był dzieckiem wsi. Życie miejskie nie odpowiadało mu, męczyło go. A cóż dopiero w czasie okupacji! Toteż skorzystał z pierwszej okazji, by dostać przydział do oddziałów leśnych. Najpierw tułał się po ojczystej Ziemi Krakowskiej, potem dowiedziałem się, że jest w województwie białostockim. Tam, na tyłach cofających się Niemców, ale na terenie jeszcze nie spenetrowanym przez Armię Czerwoną przeżył, jak mi opowiadał później, najpiękniejszy okres wojny: w lesie, z karabinkiem na plecach , z granatami ręcznymi w chlebaku, nie obarczony inną odpowiedzialnością prócz tej za kilkunastu żołnierzy, czuł się wolny – nieomal – szczęśliwy. To złudzenie nie mogło oczywiście trwać długo. Latem 1944 podzielił los wielu innych oddziałów A.K. na Wołyniu, Wileńszczyźnie, w Białostockim. Zwabiony w zasadzkę, znalazł się w sowieckiej niewoli.
Siedział teraz ze mną na plaży w San Giorgio, pogodny i optymistyczny, jak zawsze i pławił się w słońcu i w tym wielkim szczęściu, że jest znowu w mundurze i że znowu – służy. Także i to złudzenie nie trwało długo.
Jak Janek przedostał się z Donbasu do 2-iego Korpusu do Włoch – nie umiałbym opowiedzieć. To były zwariowane czasy. Droga z Krakowa do San Giorgio wprawdzie stokrotnie łatwiejsza, ale także nie jechało się sleepingiem. Jakoś to jednak szło. Zresztą, byliśmy młodsi, cała Europa była w ruchu, granice właściwie nie istniały.
Leżeliśmy na piasku, spływał z nas powoli trud wojny, dumni byliśmy z paru słów, których nauczyliśmy się po włosku, na podwiniętych rękawach mieliśmy tarcze z warszawską Syreną i Krzyżem 8-mej Armii; w sercach tliła się jeszcze resztka nadziei.
Miło tak pod bezpiecznym niebem wspominać niedawne czasy pełne krwi i grozy.
–  No i wtedy – zapytałem wyciągając się leniwie na piasku – gdy ci ten brygadier kazał „podawać do zadu”, cóż było dalej?
Nie mam tutaj miejsca, by powtórzyć dosłownie opowiadanie Janka. Zresztą, któż mógł przypuszczać, że on umrze wcześniej – o tyle lat był młodszy! Patrzałem w niebo, było lazurowe, jak Adriatyk – a może to Adriatyk jest lazurowy, jak niebo – wszystko jedno, w każdym razie w tym lazurze czuliśmy się jak w niebie, chwil szczęścia nie da się spamiętać ani „opowiedzieć”. Tyle wiem, że Janek miał ułożony plan ucieczki „na wariata”, bez żadnych papierów, pociągami z węglem, które dwa razy w miesiącu szły na Charków, Kijów itd. Szaleńczy plan, szansa jedna na milion, ale taki rachunek prawdopodobieństwa był wtedy właściwie jedyną rozsądną kalkulacją. Rzecz komplikowała się niestety, bo Janek postanowił zabrać ze sobą kruszynkę jedną oderwaną od Ojczyzny. Jedenastoletniego chłopca, którego poznał w sąsiednim baraku dla bezprizornych dzieci. Chłopiec był rezolutny, na wszystko gotowy, umiał milczeć jak grób – i wiedział już także, że w razie czego noża można używać nie tylko do skrobania kartofli. Do Janka przywiązał się całą miłością bezpańskiego psa, którego zamiast kopnąć ktoś wspaniałomyślny pogłaskał po skołtunionej sierści.
Tak we dwóch z transportem węgla któregoś ranka ruszyli. W fufajkach, z węzełkami. Ach! Byłbym zapomniał. Wzięli ze sobą jeszcze górniczą lampkę...
To znowu cała historia. Streśćmy ją w paru zdaniach. Janek, jak wiemy, pracował w kopalni. Niewiele tam w Donbasie dbano o bezpieczeństwo pracy. Każdy górnik zjeżdżając pod ziemię miał jednak z sobą lampkę. (Karbidową? Oliwną? Nie wiem. Zapomniałem Janka zapytać. Teraz już za późno.) Otóż kiedyś, gdy wstrząśnięta eksplozją ściana zawaliła się i zablokowała wyjście, wszystkie lampki górników zamkniętych w węglowej pułapce pogasły. Tylko lampka Janka spokojnie płonęła. Towarzysze niedoli twierdzili później, że to uratowało im życie. W jej migotliwym świetle szukali wyjścia, odwalali węglowe bryły, (które mają ostre kanty i kaleczą ręce), opukiwali korytarz, wyrąbywali chodnik. Gdy po szesnastu godzinach nadludzkiej pracy w jakiejś szczelinie poczuli prąd świeżego powietrza a po chwili zobaczyli płomyki lampek brygady ratowniczej przerąbującej się z drugiej strony – lampka Janka zamigotała po raz ostatni. Tak człowiek ponad miarę utrudzony, ale do końca uparty, chciałby „zgasnąć” – gdy wypełni zadanie. Próbowano potem lampkę Janka „ożywić”, napełniano ją paliwem, czyszczono, lutowano, zamieniano nawet jakąś obluzowaną zakrętkę. Wszystko na nic. Bzyknęła, zafilowała fioletowym płomykiem i z sykiem zgasła. „Wyrzuć”, mówili koledzy-górnicy. „To śmieć! Dostaniesz z narzędziarni nową”. Ale Janek coś sobie widocznie pomyślał czy postanowił, nową lampkę wziął, tej starej jednak nie wyrzucił. Zaniósł ją do narzędziarni i wśród rupieci ukrył. Tylko jego jedenastoletni przyjaciel o tym wiedział. „Lampka jest” mówił do Janka, gdy widział, że ogarnia go rozpacz, i po łobuzersku przymrużał oko. Potem się obaj porozumiewawczo uśmiechali. To był ich szyfr, opoka ich wiary, symbol ich nadziei. Gdy człowiek nie ma już nic, gdy jest na samym dnie, o, choćby żołnierz A.K. w głębi donieckiej kopalni – albo jeszcze niżej pod wszelkim dającym się wyobrazić „dnem” i dalej leci w dół – wtedy czepia się takich złud. Janek postanowił wtedy, że jeżeli kiedykolwiek wyjdzie z tego domu niewoli, to nie wyjdzie sam – cóż za sztuka ratować samego siebie! Zabierze z sobą „bezprizornego” chłopca – i lampkę...
–  No i jak? – pytam Janka na owej San Giorgiańskiej plaży, w tym adriatyckim lazurze, wyciągając do słońca rozleniwione ramiona. – Udało się wam? Uratowałeś tego szczeniaka?
Była taka cisza na morzu, taki błogosławiony spokój wszędzie wokoło nas (nie – w nas),chociaż i po tym piasku przetoczyła się niedawno wojna – i tyle myśli nigdy nie przemyślanych do końca kotłowało się nam w głowach, że ta rozmowa urwała się tak jakoś w pół zdania. Janek powiedział:
–  Za pół godziny mam odprawę u dowódcy baonu, pogadamy wieczorem.
Ale nie pogadaliśmy wieczorem. On miał dodatkowe zajęcia, ja przygotowywałem się do wyjazdu do Norymbergi: proces głównych niemieckich zbrodniarzy wojennych, miałem pisać sprawozdanie dla „Orła Białego”. Tak jakoś zeszło.
Dopiero niedawno, w Londynie. Janek powiedział:
–  Wiesz, miałem list z Polski. Od tego „chłopca”...
–  ?
–  No ten, „bezprizorny”, o którym opowiadałem ci kiedyś w San Giorgio.
–  Ach! Ten!
Uśmiechnął się:
–  Dzisiaj to już wąsaty dryblas.
–  Czas leci – odpowiedziałem sentencjonalnie. I naraz sobie coś przypomniałem. Zawsze intrygowało mnie, po co Janek uparł się wieźć z Donbasu do Krakowa tę zepsutą lampkę.
–  A lampka? – zapytałem.
–  Oczywiście! Wisi u Zmartwychwstańców.
Po chwili dodał: – I pomyśl! Gdy dotarłem do Krakowa i zaniosłem ją na Łobzowską, coś się w niej widocznie naprawiło. Zabłysnęła jasnym płomieniem. Jak wtedy tam po eksplozji, gdy inne lampki pogasły...
Uśmiechnął się: – A mówili, że „śmieć”, żeby wyrzucić.
Zapamiętałem ten uśmiech: był pogodny, jak zawsze optymistyczny, rzekłbym – pełen nadziei. Jak w czasie naszej rozmowy w tym lazurze w San Giorgio
 
PS.

Jan Nowina Konopka (ur.18.09 1913) był bratem mojego ojca Stanisława. Po wojnie mieszkał w Londynie. W stopniu kapitana WP pracował jako adiutant generała Władysława Andersa. Zmarł nagle na serce 9.maja 1968 r., czyli dokładnie 45 lat temu.
Zacytowane wspomnienie ukazało się wkrótce po jego śmierci w londyńskim Dzienniku Polskim. A lampka? Nie spytam już mego ojca, (bo także nie żyje). Jakimś sposobem znalazła się wśród pamiątek rodzinnych w moim mieszkaniu.

Małgorzata Nowina Konopka

Więcej

x
Podaj jeśli chcesz otrzymać odpowiedź
x

Znicze

Zapal znicz
  •  
    05.04.2020
    lech
  •  
    21.05.2018
    Maria Janowska
  •  
    12.01.2016
    Kinsza
  •  
    04.08.2015
    x
  •  
    18.01.2015
    Ryszard Konopka
  •  
    04.09.2014
    In memory of Jan my grandmothe
  •  
    04.09.2014
    In memory of Jan and my grandm
  •  
    11.08.2013
    Ewa Borowska - Moors
  •  
    17.06.2013
    Bozenna Meissner
  •  
    03.06.2013
    Magdalena Borowska-Kość
  •  
    22.05.2013
    Małgorzata Nowina Konopka

Pożegnania

Wasze wspomnienia, kondolencje i myśli o zmarłych

  • Twój podpis

    I found this reference when I did a google search for jan konopka. My grandmother Helenas husband. She was married to him at the time he was general Anders ajutant. I have been trying to trace her for many years. Do you know any more about him at all ? I would be so grateful if so !!